Posty

Od serca

Obraz
Ciekawe jak tężeją człowiekowi rysy twarzy. Uśmiech zastyga jak mucha w bursztynie. Znika zegar z drzwiami, torebka z telefonem. Znika inny możliwy ciąg zdarzeń, może jakiś żart w drodze powrotnej do auta, może luźna kłótnia, kto wie, na pewno rozmowa z mamą znika, ta, w której wszystko było OK. Przewińmy ten film, niech doktor Maggie zniknie jeszcze za drzwiami, z kartką z rysunkiem serca. Na parę chwil, co jej szkodzi. Pogapimy się jeszcze trochę na zegar, podenerwujemy, że dzwoniliśmy właśnie odwołać wizytę u pediatry, miałoby się z głowy za jednym zamachem. A tu już i tak za chwilę przyjdą i powiedzą, że ten szmer w sercu Thomasa to nic takiego, przejdzie jak ręką odjął za rok, dwa, cztery. Zrobiło się EKG, echo serca się zrobiło, można by iść. A to trwa i trwa. Takie echo serca, nie planował dziś człowiek. I weź tu teraz leż z dzieckiem na tej kozetce prawie pół godziny, zajmuj czymś dziecko, żeby nie próbowało ciumkać głowicy USG. Pośmialiśmy się chociaż trochę ...

Pszczoła

Obraz
Otwieram boczne drzwi domu, te na podjazd, i siadam na progu z letnią kawą w kubku. Trochę świeci słońce, trochę śpiewają ptaki. Na progu zjawia się William i płynnie przechodzi w nową histerię - do mojej kawy na pewno wpadnie pszczoła i się oparzy. Na pewno. Jego tok myślenia jest w gruncie rzeczy nietuzinkowy i piękny - ale nie dzisiaj. Od kilku tygodni rozszerzam jego dietę. Godzę się powoli z tym, że nie ma na świecie osoby, która zrobi to za mnie. Jest dużo krzyku, codziennie. William siedzi obok nowości na stole i krzyczy. Ja podgrzewam zupkę dla Thomasa. Staram się zachować spokój i neutralność. Naciskać, ale zostawiać wybór. I przestrzeń, także tę fizyczną. Z tej przyczyny ja przy kuchence, on przy stole. Sam na sam ze sobą. I z kawałkiem pieczonego ziemniaka. Płatkiem migdała. Naparstkiem zupy. Mierzy się ze swoimi lękami. Krzyczy. Że banana nie, bo małpy jedzą banany, a on nie jest małpą. Że migdała nie, bo w mózgu jest amygdala. Że ziemniaka nie, bo ziemia. Zdarza się czas...

Sztrukieski

Dziś wieczorek rodzinny u Williama w szkole, ubieram więc Thomasa bardziej paradnie niż zazwyczaj, w wyłowione z dna szuflady beżowe sztrukieski po bracie. Gdy wychodzimy ze szkoły, pada. Pratap z Williamem idą po auto, ja zostaję z Thomasem na rękach przed wyjściem. Czekam. Wokół morze ludzi. Obce twarze, lekka nerwowość, zaduch. Staję całkiem blisko drzwi, najbliżej. Widzę swoje odbicie, pańcia w granatowym prochowcu z Polski, z chustką w ptaszki z Anglii. Torebka z Polski, portki z Anglii, but tutejszy. Lekko się kołyszę, Thomas zasypia. Wyjściowe spodnie po bracie wiszą na nim jak na bracie, wystają z nich nogi znów śmiesznie bez butów. Sześć lat, naprawdę sześć lat. Naprawdę sześć lat? Wszystko pamiętam jak wczoraj. Spacer codzienny. Dzieci koleżanek z bloku. Wiosenne powietrze. Młodą pewność, że ta cała emigracja to na chwilę.

Na straganie

Williama odstawiam do przedszkola i na Zielony Rynek docieram autem chwilę po 10ej. Stragany z ulubionym badziewiem zostawiam sobie na deser. Najpierw przechadzam się koło chemii, koniecznie niemieckiej, i kieruję się w stronę ryb. Asortyment wąski, w białych pojemnikach kipią szare cielska, dłuższe, krótsze, wszystkie splątane i śliskie. Sprzedający grzebią w nich jedną ręką od niechcenia jak dzieci w pudełku z lego. Idzie Wielkanoc. Czuć to już ewidentnie po dzikiej stronie rynku, za płotem. Barwinek, bazie, palemki, chrzan, jaja, dużo jaj. W sąsiedztwie jaj dwie sztuki drobiu smętnie zwieszają szyje ze stolika turystycznego, vis- à -vis drobnej konfekcji damskiej. Druciany półszkielet manekina dziarsko prezentuje rajstopy w kolorze cielistym. Z klinem.   Skręcam w alejkę kwiatów balkonowych. Wianuszek ożywionych pań, na oko po sześćdziesiątce. Ważne życiowe wybory: słuchaj, weź te różowe, mówię ci; te weź, wdzięczne są, ja miałam rok temu. Dalej wersalki, czajniki i kosz...

Decyzje, decyzje...

Obraz
... A dom w Polsce się buduje. I trzeba podejmować coraz to nowe decyzje wykończeniowe. Wczoraj na ten przykład decydował się płot! Dziś powinny zdecydować się drzwi między garażem a domem, płytki na tarasach też się proszą o decyzję. I kinkiety zewnętrzne trzeba zamówić. Ale to jutro, pojutrze, a może w weekend. Zdjęcie dziś sobie świeże wydrukowałam - kładę je sobie obok dla dalszej motywacji. Z miłymi pozdrowieniami, Wasza M.

Thomas

Obraz
No i się nam urodził - nasz Thomas. Malutki, piękniutki, i - dobry jak chleb. Cierpliwy. Spokojny. Uśmiechnięty. Jakby - wyrozumiały. Pierwsze wrażenie... Wydał mi się większy od nowonarodzonego, niedużego przecież Williama - a okazało się, że jest od niego jeszcze mniejszy, i to o 300 g. Oczy, od początku wiedziałam, że ma moje. Takie miał zapuchnięte, zamknięte powieki, że kiedy Pratap przyniósł go do stołu operacyjnego (byliśmy na sali razem) to go dopytywałam, czy na pewno widział już jego oczy. Ale czy na pewno... I zaraz przypomniało mi się, jak mama zawsze mi opowiadała, że kiedy podali jej mnie to zadawała położnej dokładnie to samo pytanie. I uszy ma moje, z zagiętą małżowiną. Brwi mojej babci (do czego doszłyśmy z mamą niezależnie, jak siedziałyśmy razem na łóżku którejś z pierwszych nocy w domu). Paznokcie mojego taty, proste, solidne. Thomas. Nasze szczęście. Idealny element do naszej układanki. Kiedy Williamowi smutno i źle to instynktownie przychodzi się w ni...

Przed skokiem

Obraz
Rozpoczęta opowieść Na urodziny dziecka świat nigdy nie jest gotowy. Jeszcze nasze okręty nie powróciły z Winlandii. Jeszcze przed nami przełęcz św. Gotharda. Musimy zmylić straże na pustyni Thor, przebić się kanałami do Śródmieścia, znaleźć dojście do króla Haralda Osełki i czekać na upadek ministra Fouche. Dopiero w Acapulco zaczniemy wszystko od nowa. Wyczerpał się nam zapas opatrunków, zapałek, argumentów, tłuków pięściowych i wody. Nie mamy ciężarówek i poparcia Mingów. Tym chudym koniem nie przepłacimy szeryfa. Żadnych, jak dotąd, wieści o porwanych w jasyr. Brakuje nam cieplejszej jaskini na mrozy i kogoś, kto by znał język harari. Nie wiemy, którym ludziom zaufać w Niniwie, jakie będą warunki księcia kardynała, czyje nazwiska jeszcze są w szufladach Berii. Mówią, że Karol Młot uderzy jutro o świcie. W tej sytuacji udobruchajmy Cheopsa, zgłośmy się dobrowolnie, zmieńmy wiarę, udajmy, że jesteśmy przyjaciółmi doży i nic nie łączy nas z plemien...