Domowa twarz Marchwi

A dziś pionierskie zdjęcie domowe! Jeśli udało się Wam przebrnąć przez moje poprzednie posty to wiecie już, że jak się czasem rozgadam/rozpiszę to trudno mi skończyć... Z tym gadaniem to za wyjaśnienie służyć może krążąca w rodzinie anegdota, jak to nauczyłam się mówić zanim zaczęłam chodzić. W późniejszym wczesnym dzieciństwie z mówieniem miałam problem, gdyż byłam dzieckiem wybitnie wstydliwym. Zaczęłam za to czytać, nałogowo - i tu krążą anegdoty, że pięcioletnim dziecięciem będąc czytałam dzieciom na głos w przedszkolu bajki, zupełnie regularnie - podczas gdy panie przedszkolanki piły kawę. A że od czytania do pisania droga bywa krótka, więc, czy ja wiem? Może to mnie, choć w części, usprawiedliwia :)

Ale, miłe blogowiczki, czasami się Marchwii gęba zamyka - i wtedy na przykład, jak zobaczymy za chwilę, szydełkuje i pichci. I na przykład na śniadanie robi takie naleśniczki, a podaje je w otoczeniu własnoręcznie wyprodukowanych serwetek:



Są to typowe naleśniki amerykańskie (tzw. pancakes), które bardzo polubiłam. Mój przepis bazowy pochodzi z książki "Le Cordon Bleu. Complete Cooking Techniques" (choć go zweryfikowałam, czytając o naleśnikach tu i tam), sprawdził się już wiele razy, więc go podaję, może ktoś się skusi? :)

1 i 2/3 szklanki mąki
szczypta soli
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka cukru (można, ale nie trzeba - w przepisie nie ma, a ja lubię wrzucić)
2 łyżki roztopionego masła (całkiem płynnego)
2 jajka
1 i 1/3 szklanki mleka (albo mleka zmieszanego z wodą, np. pół na pół)

Mąkę przesiewamy z solą i proszkiem do pieczenia.
Białka jajek ubijamy, dodajemy żółtka, roztopione masło i cukier (jajka można również wbić od razu w całości, ale ubite wcześniej białka sprawiają, że naleśniki są bardziej puszyste).
Do naszej masy jajecznej dodajemy teraz na zmianę przygotowaną mąkę i mleko (bądź mieszankę mleczno-wodną), mieszając za każdym razem. Nie przejmujmy się jednak drobnymi grudkami, ciasto na te naleśniki lepsze jest takie trochę niedomieszane niż za bardzo ubite (ładniej wyrasta na patelni).
Odstawiamy na 30 minut i smażymy jak normalne naleśniki, tylko oczywiście nakładamy tej masy naleśnikowej malutko, żeby wyszły nam rozmiarem takie, jak na zdjęciu (choć to też nie reguła, bo widywałam tu również naleśniki, które przykrywały cały talerz).
Podajemy tradycyjnie z syropem klonowym. Do tego może być masło, mogą też być owoce (w sezonie maliny, truskawki, takie tam, ale na szczęście o każdej porze równie świetnie sprawdzają się talarki bananów).
Jak zwykle serdecznie Was pozdrawiam,
M.

Komentarze

  1. Witam :)

    Jakoś tak wyszło, ze zaglądałam do Ciebie już wcześniej a nie mam pojęcia czemu nic nie napisałam... To będę trochę zbiorczo pisać teraz :)

    1. Bardzo ładne podkładki pod talerze :)

    2. pankejksy wyglądają apetycznie, chociaż ja mam po mieszkaniu właśnie w usa lekki do nich wstręt (a raczej do syropu który był obowiązkowo na wszystkim, czy mi się to podobało, czy nie), to też czasami robię, z bardzo podobnego przepisu :)

    3. Pod SF mieszkasz? Dla mnie to było chyba najładniejsze miasto w Stanach (z tych co widziałam oczywiście :) A długo już tam mieszkasz?
    Ja w pewnym momencie stwierdziłam, że albo natychmiast wrócę do kraju albo już nigdy, za bardzo zaczęłam wsiąkać - po dwóch miesiącach przestałam myśleć po polsku, po trzech musiałam zastanawiać się co chcę po polsku powiedzieć - ja już tak mam, niezależnie od kraju, nie tylko tam mi się to zdażyło...ale za bardzo zaczęłam się przyzwyczajać, za łatwo mi tam było żyć, za prosto, nie chciałam aż tak się tam związywać, ani uczuciowo ani z krajem... więc spakowałam się i wróciłam :) A jak to u Ciebie było? Opowiedz mi więcej o swoich doświadczeniach!

    4. Kurczak z 40 ząbkami :) Dla niego specjalnie kupiłam kiedyś taką książeczkę z kuchnią francuską, bo to oryginalny francuski przepis jest :) Masz? Jak nie to chętnie nim służę, jeśli cię interesuje :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję serdecznie za tak obszerny komentarz! Jak człowiek zaczyna pisać bloga to się zastanawia, czy jest w tym eterze sam, czy tez może ktoś u niego zagościł - dziękuję Ci za zostawienie po sobie śladu :)
    Cieszę się, że podkładki Ci się spodobały - są kupne ;), z Bed Bath & Beyond. Bardzo spodobało mi się w nich to zestawienie kolorów, kremowo-beżowy plus szałwiowy, i ten delikatny wzór kwiatków (między innymi moich ulubionych hortensji). Śmieszne, bo jakieś pół roku wcześniej kupiłam arkusze papieru z tym samym wzorem (tyle że kremowo-szałwiowym), ozdobiłam drewniane pudełka. A jak kupiłam podkładki to znalazłam później taniutko (przeceny!) kilka naczyń, które, jak się okazało, były z tej samej serii Lenoxa. Jak się czasem do człowieka jakiś motyw przyczepi to za nim łazi i łazi:)
    Mieszkam w San Mateo, chwileczkę samochodem od San Francisco. Jesteśmy tu z mężem już od niespełna 2 i pół roku. San Francisco jest również jednym z moich ulubionych amerykańskich miast :) Świadomie zamieszkaliśmy właśnie tu (mąż mieszkał w Denver, kiedy go poznałam).
    Ja zamieszkałam w Stanach po ślubie (a wcześniej byłam 4 razy), od początku wiedziałam, że nie na stałe. Mąż, żeniąc sie ze mną, też był tego świadomy :)
    Naszym celem było zamieszkanie gdzieś w Europie, myśleliśmy o Londynie, bo nie byłoby problemów z językiem, a do tego ten dostatek krótkich i tanich lotów... (w porównaniu z czasem i cenami lotów do SF to raj). Planowaliśmy przeprowadzkę wiosną 2009, ale nasze osobiste plany pokrzyżowała światowa ekonomia... :(
    W tak zwanym międzyczasie okazało się, że mąż mógłby pracować dla swojej amerykańskiej firmy z domu. Mając taką możliwość zaczęliśmy marzyć o przeprowadzce do Polski, o powrocie do mojego rodzinnego miasta, do którego tęsknię miłością psią (mieszka w nim caluteńka moja rodzina). W czwartek i te nasze plany zostały pokrzyżowane, ale o tym to się nawet pisać nie chce...
    Ja się ze Stanami nigdy nie związałam uczuciowo. Bardzo je lubię i chętnie będę wracać (mąż ma tu przecież rodzinę), ale uczucia takiego przyzwyczajenia, o jakim piszesz, nie mam. Właściwie to cały czas jestem w tej Kalifornii tak jedną nogą... Mąż zresztą też... :)
    Ciekawie piszesz też o języku, o tym procesie przesiąkania, śmieszne to uczucie, kiedy człowiek zaczyna myśleć w innym języku, prawda? Ja tego po przeprowadzce nie doświadczyłam, może dlatego, że skończyłam filologię angielską i ten moment "przejścia" miałam za sobą wiele lat wcześniej, jeszcze w Polsce. Teraz jak rozmawiam z mamą to myślę po polsku, a jak z mężem to po angielsku, tak sobie przeskakuję z języka w język, a w jednym i drugim tak samo mi wygodnie :) Wpadki zdarzają mi się natomiast, kiedy śpię: w Polsce przez sen mówię po angielsku, a tu po polsku! Mama już się przyzwyczaiła (choć pierwsze kilka razy była przerażona! co to się z jej dzieckiem stało!), mąż też przywykł, uczy się polskiego, więc jak pytam przez sen: "która godzina" to spokojnie mi odpowiada :)
    Oczywiście, że chciałabym przepis na kurczaka-śmierdziuszka! Bardzo mi wtedy smakował i chętnie sama spróbowałabym go zrobić! Z góry dziękuję za przepis - i pozdrawiam!
    M.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz