Posty

Groch z kapustą

Obraz
Piszę oto (opublikuję, jak życie pokaże, w godzinach znacznie późniejszych) pożywiona zupą klopsową swego autorstwa, zupą, która w dobie przyozdobionych po wierzchu zup-kremów (jakie i ja, notabene, często popełniam) całkiem wypadła z obiegu kulinarnego, a która niezmiennie kojarzy mi się z ciepłym, bezpiecznym dzieciństwem, i z gotującą ją babcią. Pamiętam je wszystkie - grochówki, ogórkowe, klopsowe... I zupy jarzynowe, a w nich nielubiane wtedy przeze mnie, a uważnie odkrajane przez babcię od kości kawałeczki mięsa, pływające w zupie pospołu z kosteczką marchewki. I babcina ulubiona, blaszana miseczka, w której babcia zalewała kawałeczki surowych ziemniaków, by w stosownym momencie wrzucić je do garnka. Tylko pomyśleć, jakie drobnostki zapadają w dzieciaczkową pamięć! Jutro wyprawa do dzieciństwa mężowego - chlebki paratha (w wersji aloo, czyli nadziewane ugotowanymi ziemniakami, jeśli kucharkę poniesie fantazja) i warzywa duszone na sposób hinduski, z garam masalą przywiezioną prze...

Od zapominania do niezdecydowania, z przeglądem prasy przy obiedzie w środku

Obraz
Kiedy byłam w liceum, popularne było wśród dziewcząt, tęsknię wpatrzonych w dal, wypisywanie po zeszytach cytatu z wiersza księdza Jana Twardowskiego: "i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz". Zjawisko to było tak nagminne, że bardzo, ale to bardzo ten wers znielubiłam! Nie wiem, co raziło mnie bardziej - to, że wspomniane dziewczęta zielonego pojęcia nie miały o tym choćby, jaki tytuł nosi wiersz, zawierający w sobie powyższe słowa, czy może to, że zmieniający się co miesiąc adresat cytatu urągał powadze tych monumentalnych słów. Znielubiłam, i tak w nielubieniu trwałam przez kolejne dziesięciolecie, podczas którego wiatr wywiał mi z głowy wiele słów, wierszy wiele i fragmentów powieści. Aż nagle syn mój William, zwany roboczo Puszkiem, dostał gorączki ponad 39-stopniowej. Czekając, aż lekarstwo zacznie działać, przemierzaliśmy w nocy pokój z gorącym dzieckiem, leżącym dziwnie cicho i spokojnie na naszych rękach. Zmęczeni, zmartwieni, a przy tym nieistniejący, nieważni. ...

Gdy za serce uchwyt chwyta...

Obraz
... to rzecz musi być nabyta! Prezentuję Wam kawałek naszego nowego stolika okołokanapowego, któren to stolik ma jeszcze brata bliźniaka oraz starszego brata przedkanapowego. Bracia są piękni. Ujrzałam ich w sklepie i miłością nagłą zapałałam do wszystkich trzech (a właściwie do braci tych braci - pokrętne me tłumaczenia, pokrętne - gdyż na moich musiałam czekać 4 tygodnie). Przyjechali już jakiś czas temu (tylko pisać nie było kiedy!), całe ich sto kilo drewna, ciepłego, pięknego drewna. Wzruszona byłam niepomiernie gdy się rodzili z wielkich pudeł i z warstw styropianów, chodziłam wkoło, gładziłam, głaskałam. Pokażę jeszcze na pewno zdjęcia bardziej, ujmijmy to, całościowe, dziś tylko szybko foto z uchwytem w roli głównej. Ach, mamy już drugą w nocy, ostatnio o takich godzinach wyczynowych chodzę spać. Za to jutro (a właściwie dziś) lecę z Williamem do centrum odnowy, heh, biologicznej, czyli do domu rodzinnego, gdzie wyśpię się do syta i najem bez umiaru obiadami ugotowanymi nie prz...

Rozdział: Anglia

Obraz
Moje drogie, chciałam oto jakieś zdjęcie dzieckowe wrzucić do posta, podłączam kabelek, a tu bateria wyzionęła ducha. Po krótkim namyśle (gdzie ładowarka, gdzie przełącznik prądowy być może?...) wrzucam szybkim ruchem obrazek ze strony sklepu Cologne & Cotton, w którym to w czwartek 25. sierpnia zaszło zdarzenie dla mnie wagi historycznej. W tym oto sklepie (taki sobie piękny stał, też byście weszły na pewno) nabyłam pościel, najprostszą, białą, bawełnianą, niebiańsko miękką - nie na rok, nie na dwa, ale tym razem na zawsze. Na zaw-sze! Jaka ulga dla serca! Tym razem jeśli będziemy się gdzieś przeprowadzać to już z całym inwentarzem :) Ze sztućcami, z meblami. Na marginesie zdradzę Wam tylko, że nauczona wydarzeniami ostatniego roku w inwentarz obrastam opornie, po długich namysłach, a artykułów czysto dekoracyjnych nie kupiłam już, właśnie, przez rok. Czy ja już pisałam, że z Kalifornii zabraliśmy 3 walizki i 4 kartony i poza tym, co w środku, świadomie nie wzięliśmy niczego? To, ...

Bilet w jedną stronę

Obraz
Na początku sierpnia nasza trójka otrzymała komplet biletów w jedną stronę. W niedzielę, 20. sierpnia, po raz ostatni zamknęliśmy nasze kalifornijske mieszkanie i, odprowadzani przez przyjaciół, pojechaliśmy na lotnisko. Wraz z nami pojechały 4 walizki i 3 kartony, a w nich wszystko to, co postanowiliśmy zabrać ze sobą na nową drogę życia :) W czwartek przylecieli do nas moi rodzice, przed chwilą poleciał do domu tata; mama i brat zostaną jeszcze tydzień. Piszę szybciutko z urządzonego mieszkania, w którym zatrzymamy się do połowy września, aż do przeprowadzki do mieszkania właściwego. W najbliższych dniach musimy kupić z mamą tyyyle domowych rzeczy, na co cieszymy się jak gwizdki :) Na zdjęciu prezentuję syna w wersji hinduskiej (przed wylotem ze Stanów odwiedziliśmy jeszcze teściową). Bardzo zmęczeni, ale zadowoleni pozdrawiamy Was gorąco!

4:44

Obraz
4:44 wyświetlał na czerwono nasz stary elektroniczny budzik, gdy otworzyliśmy oczy w dniu naszej 4-ej rocznicy ślubu, 21. lipca. Chwilę wcześniej obudził się nasz syn, który przesiusiawszy pieluchę i piżamkę słusznie skonstatował, że w takich warunkach to on spać nie będzie. Wszystkiego najlepszego, wszystkiego najlepszego, jak wisienka na torcie ciepły, najdroższy, mokry prezencik pomiędzy nami. O naszej poprzedniej rocznicy ślubu pisałam tutaj . Dziś jesteśmy razem o rok dłużej. A co to był za rok! Tak długi jak pozostałe trzy poprzednie zebrane w jedno, a przy tym tak krótki jak szczęśliwe, zaspane spojrzenie o 4:44 nad ranem. I już mamy sierpień!... Mąż odwiózł właśnie na lotnisko swoją siostrę, teraz sprząta w kuchni po moich dzisiejszych kulinarnych wyczynach, a ja mam chwilę na wyciągnięcie nóg na kanapie i wystukanie na klawiaturze tych kilku słów. Znów kojąco szumi zmywarka, mąż pewnymi, wyćwiczonymi gestami myje synkowe butelki na mleko, ciepłe światło małej lampki z panieńsk...

Akcent marynistyczny w naszym mieszkaniu

Obraz
Dzisiejsze przedpołudnie wypełniły mi roboty gospodarskie wszelakie! Później za to Williama spotkało szczęście w postaci odwiedzin jego japońskiej rówieśniczki. Sakura, bo tak Williamowa koleżanka ma na imię, cieszy się wielką sympatią mojego syna - syn śmieje się do niej towarzysko, spogląda nań z radością w oku, a nawet - uwaga, uwaga - głaszcze ją po głowie. Piękny to widok, taka dziewięciomiesięczna koleżeńska para. Biegnę już teraz ku mej pościeli bieluśkiej, świeżej, wykrochmalonej, pozdrawiając Was przed snem - - M. P.S. Willątko zapozowało dla Was w swojej nowej piżamce.