Na straganie
Williama odstawiam do przedszkola i na Zielony Rynek docieram autem chwilę po 10ej. Stragany z ulubionym badziewiem zostawiam sobie na deser. Najpierw przechadzam się koło chemii, koniecznie niemieckiej, i kieruję się w stronę ryb. Asortyment wąski, w białych pojemnikach kipią szare cielska, dłuższe, krótsze, wszystkie splątane i śliskie. Sprzedający grzebią w nich jedną ręką od niechcenia jak dzieci w pudełku z lego. Idzie Wielkanoc. Czuć to już ewidentnie po dzikiej stronie rynku, za płotem. Barwinek, bazie, palemki, chrzan, jaja, dużo jaj. W sąsiedztwie jaj dwie sztuki drobiu smętnie zwieszają szyje ze stolika turystycznego, vis- à -vis drobnej konfekcji damskiej. Druciany półszkielet manekina dziarsko prezentuje rajstopy w kolorze cielistym. Z klinem. Skręcam w alejkę kwiatów balkonowych. Wianuszek ożywionych pań, na oko po sześćdziesiątce. Ważne życiowe wybory: słuchaj, weź te różowe, mówię ci; te weź, wdzięczne są, ja miałam rok temu. Dalej wersalki, czajniki i kosz...