Pszczoła
Otwieram boczne drzwi domu, te na podjazd, i siadam na progu z letnią kawą w kubku. Trochę świeci słońce, trochę śpiewają ptaki. Na progu zjawia się William i płynnie przechodzi w nową histerię - do mojej kawy na pewno wpadnie pszczoła i się oparzy. Na pewno. Jego tok myślenia jest w gruncie rzeczy nietuzinkowy i piękny - ale nie dzisiaj. Od kilku tygodni rozszerzam jego dietę. Godzę się powoli z tym, że nie ma na świecie osoby, która zrobi to za mnie. Jest dużo krzyku, codziennie. William siedzi obok nowości na stole i krzyczy. Ja podgrzewam zupkę dla Thomasa. Staram się zachować spokój i neutralność. Naciskać, ale zostawiać wybór. I przestrzeń, także tę fizyczną. Z tej przyczyny ja przy kuchence, on przy stole. Sam na sam ze sobą. I z kawałkiem pieczonego ziemniaka. Płatkiem migdała. Naparstkiem zupy. Mierzy się ze swoimi lękami. Krzyczy. Że banana nie, bo małpy jedzą banany, a on nie jest małpą. Że migdała nie, bo w mózgu jest amygdala. Że ziemniaka nie, bo ziemia. Zdarza się czas...