Tak naprawdę się nie znałyśmy - przez rok, odprowadzając dzieci do szkoły, wymieniałyśmy tylko drobne uprzejmości. Któregoś wrześniowego popołudnia usłyszałam, że jej partner jest w ciężkim stanie w szpitalu, więc kolejnego poranka zaproponowałam pomoc - dałam numer telefonu, obiecała, że zadzwoni, jeśli będzie czegoś potrzebować, choćby tego, żebym odebrała jej córkę ze szkoły. Przez kolejne tygodnie, kiedy się widziałyśmy, chodziłyśmy na szybką kawę, porozmawiać, pobyć. Potem ona, z siatką, jechała do szpitala, a ja z małym Thomasem - do domu. Tak przyszedł październik. Któregoś poranka spytałam, czy jedzie do szpitala, a ona powiedziała, że dziś nie, że dziś jest pierwsza rocznica śmierci jej syna, i że jedzie się pomodlić do cerkwi. Jak stałam, z małym Thomasem w wózku, nie wiedząc, gdzie cerkiew, wsiadłam z nią do autobusu. Jechałyśmy długo, stojąc, Thomas chyba zasnął, a ona opowiadała. Miał dwadzieścia lat. Odszedł w trudnych okolicznościach. Przez ...