"Więc to ona, ta jedyna, co go sobie nie wybrała gotowego, zupełnego."
Część niedziel lubimy z mężem spędzać na zielonej trawce. Mamy taką niedaleko od domu, można dojść spacerkiem w 20 minut, jest trawa, są kwiaty, drzewa, jest woda i deptak. Lubimy leżeć sobie na kocu w cieniu wierzby, czytać, mąż czasem zasypia, patrzę sobie, jak wierzbowe cienie migają mu po twarzy :) I jest pięknie, zwyczajnie i po prostu! Nigdzie się człowiek nie spieszy, niczego nie musi załatwiać, o niczym myśleć, wyjmie sobie człowiek z torby brzoskwinię i ją sobie człowiek zje :) Można leżeć do góry brzuchem (a raczej, ostatnio - na boczku) i po raz dziesiąty czytać tę samą książkę pani Musierowicz. I po raz dziesiąty śmiać się jak głupek, czytając ten sam fragment :) Załączam dziś zdjęcie własnej persony z wczorajszego, niedzielnego wypadu. Niech blogowe ciocie wiedzą, jaki brzuszek pozdrawiają! Oto i on, w całej okazałości! Synek bardzo był akurat ruchliwy, tez tak chyba lubi sobie pobyć na powietrzu, a ja robiłam dla niego na szydełku kocyk. Wiecie, myślę sobie ostatnio o ty...