Kieszeń z gąbki i spodnie z kreszu, czyli materialne wspomnienia z dzieciństwa

Mydło dało mi wczoraj do myślenia.
Taka prawda: mam słabość do mydeł w ładnych opakowaniach - i do przypraw, i do herbat, i do dżemów... Kiedy przyleciałam latem do Polski, panowie celnicy przeszukali mi bagaż, bo prześwietlając walizki zauważyli coś niepokojącego... jakiś kształt uparcie się w nich powtarzał, wskazali mi go na monitorze, o, tu i tu, i tu - i tu. "Czy może nam pani powiedzieć, co to jest?". Po 20-godzinnej podróży nie mogłam (w ogóle po 20-godzinnej podróży intelektualnie mało mogę). Zamieszanie, otwieranie walizek. Miałybyście widzieć ich miny, kiedy oczom ich ukazały się opatulone w odzież... puste słoiki (po Bonne Maman, lubię ichnią konfiturę wiśniową). Mówię: "a to są, proszę panów, słoiczki na grzybki mojego taty" - oni nie mówią nic, a jednak ich wzrok mówi wszystko.
W tym roku na Wielkanoc zaprosiliśmy z mężem do siebie koleżankę (tę, którą wcześniej odwiedzaliśmy w Kanadzie i tę, od której miś). Wspomnę szybko, że kilka dni wcześniej wróciłam z Polski objuczona wszelkim dobrem niezbędnym przy godnym wielkanocnym świętowaniu: hermetycznie opakowaną kiełbasą w zastraszających ilościach (te krakowskie suche, te kindziuki!...), zakwasem do żurku (co to za żurek wyszedł!), majonezem dekoracyjnym (bo tutejsze majonezy takie octowe bardziej, chyba że się dobrze poszuka), jak również baziami i rózgami - dobrze się stało, że tu na granicy nikt mi nie zadawał równie uporczywych pytań! No, ale wracam do koleżanki - po Wielkanocy pojechałyśmy na zakupy. Nigdy dotąd nie chodziłyśmy razem po sklepach, ani tu, ani w Kanadzie, ani w Polsce. Łazimy sobie zatem, jak sroki oglądamy te mydła i te przyprawy, i herbaty, i dżemy, wtem patrzymy na siebie - i w śmiech! A pamiętasz, a pamiętasz?... Na "a pamiętasz" zeszło nam pół dnia i cały wieczór, kubki herbaty i godziny śmiechu.
Kiedy byłam mała, mieliśmy w domu kieszeń z gąbki, do której wkładało się resztki mydła. Tym sposobem można było pięknie namydlić się skrawkami, które inaczej trudno by było utrzymać w dłoni. Leżała zawsze na plastikowej umywalce, nakładanej na wannę (czy ktoś takie urządzenie pamięta?). Kieszeń była żółta i zamykało się ją na zatrzask.
Mydlane wspomnienie nr 2: mój wujek pracuje na statkach - kiedy byłam mała, przywoził babci z zagranicznych wojaży kostki mydła. Mydło było opakowane jak na dzisiejsze czasy zwyczajnie, ale wtedy były lata 80-te - mydło opakowane było bajecznie! Pąsowe róże, zgrabne napisy. Babcia, naturalnie, zagranicznego mydła nie używała. Wkładała je natomiast do szafy, dla zapachu, leżało tam latami. Ja lubiłam je z z babcinej szafy wyławiać, dotykać śliskiego kartonika, oglądać i przykładać do nosa - pachniało jak marzenie.
I jak tu się dziwić, że z tego dziecka, co to nad tą umywalką i koło tej szafy, takie babsko wyrosło, łase na mydełka! I na pudełeczka łase wszelakie, i w ogóle na wszelką ładność.
Jest takie zdjęcie: latem, w lasku, na ścieżce stoję ja, z przyszywaną kuzynką i jej młodszym bratem (ten ostatni jeszcze w wózku). Przyodziana jestem następująco: koszulka, szorty - mocno czerwone i mocno sztuczne (zakupione jak nic na WF), a do tego, ni mniej, ni więcej - białe lakierki (z ażurowym wzorkiem).
Jest też zdjęcie takie: czwarta klasa podstawówki, ja w sweterku zdobnym w motyw arabskich budowli oraz w spodniach z kreszu - dół i góra jak z dwóch różnych dziewczynek. Bystre oko dostrzeże jednak, że strój zgrany jest kolorystycznie (wrzosowy fiolecik) - mama starała się, jak mogła :) Co miałam na nogach, niestety nie pomnę. I jeszcze zdjęcie, którego nie ma, ale przecież mogłoby być: ja 1-ego września, w granatowej spódnicy, białych rajstopkach i białych adidaskach na rzepy. Te białe adidaski elegancko skonfigurowane z rajstopkami i spódnicą pamiętam jak dziś. Moje długie stopy, za sprawą adidasków raptem szerokie, wystawały z rajstopek jak białe nieporadne placki.
Zakończenie tej części dzisiejszej opowieści jest oczywiście takie, że dziś staram się, by to, co mam na sobie, do siebie pasowało. Nie oznacza to szaf pękających w szwach, oznacza natomiast dziką konsekwencję w zakupach. W zeszłym roku musiałam kupić sobie adidaski - szukałam, szukałam, aż znalazłam beżowo-czekoladowo-błękitne. Pasują do dresu :)
Z tamtego powielkanocnego "a pamiętasz" wybrałam dziś do posta to, co ma konkretne odniesienia do marchwiowego tu i teraz - jest jednak tyle innych materialnych wspomnień!... Są zdobyczne reklamówki z RFN, są getry - narciarki, są plastikowe, ażurowe buty (co ja dziś z tymi butami, swoją drogą). Bardzo jestem ciekawa Waszych wspomnień, Waszego "a pamiętasz" - jeśli znajdziecie chwilę, napiszcie!
A tymczasem ciepło Was pozdrawiam, śląc zdjęcie mojej koszulki z dzieciństwa - mam do niej taki sentyment, że przytargałam ją ze sobą na drugi koniec świata.
M.
Ojej! Plastikowe buty :) Miałam takie i były to moje ukochane. A wszystko przez to, że plastik był miękki, czerwony, a obów miał niewielki obcasik...
OdpowiedzUsuńNiestety, gdy urosła mi stopa, buciki pękły :(
Witaj, minimysz! Mój obów był, zdaje się, biały (jak te lakierki i te adidaski, heh). Niewielki obcasik, rzeczywiście!... Taki dorosły. Co się z moimi plastikami stało, nie pamiętam :( Pozdrowienia!
OdpowiedzUsuńA ja miałam taką gąbkową kieszonkę :D ale pamiętam też,ze szkoły,że resztki mydła wkładane były w taką siatkę i wieszane na kranie :P
OdpowiedzUsuńZ PRZYJEMNOŚCIA TU ZAJRZAŁAM .PASJONUJĄCA HISTORIA ZE SŁOICZKAMI W ROLI GLÓWNEJ.
OdpowiedzUsuńMNIE TEŻ MOZNA DO WSZELKICH ,,CHOMIKÓW,, ZALICZYĆ.
POZDRAWIAM
Paula, siatka na mydło!... Rzeczywiście, to była bliska krewna kieszonki z gąbki :)
OdpowiedzUsuńKamila, witaj! Cieszę się, że trafiłaś w moje skromne, słoiczkami przepełnione progi :)
Serdeczne pozdrowienia!
Wspomnienia mamy podobne, choc ja ciut starsza jestem. Chcialabym natomiast zapytac jak w Twojej miejscowosci z polskimi sklepami? Chodzi mi o takie, gdzie mozna kupic zywnosc sprowadzana z Polski. Tu u mnie na szczescie jest ich sporo, choc musze przyznac ze drogie.... Sa jednak produkty, jak na przyklad majonez, ktore kupuje tylko polskie;)
OdpowiedzUsuńAlexls, widzę, że mamy podobny gust majonezowy! :) Całe szczęście jest niedaleko taki sklep New Leaf (podobny do Whole Foods) i tam odkryłam dobre majonezy, kremowe w smaku, bo z polskimi sklepami tutaj kiepściutko! W całej okolicy jest tylko jeden, gdzieś w San Francisco, nigdy tam nie byliśmy :( Całe szczęście na tyle często bywam w Polsce, że sobie przywożę różne produkty, których mi tu brakuje - krem karpatka bez gotowania na przykład :) Ech, kiełbas też mi brakuje, ale przywiozłam je tylko ten jeden jedyny raz (i nigdy więcej... za dużo stresu!). Ciepłe pozdrowienia! M.
OdpowiedzUsuńZacztałam się:) od dziś i dopiero dotarłam tu:) mogę tylko zdradzić,że też kocham rózne kształty słoiczków i kubeczków:) eh...siatki na mydła to ja też pamiętam:) i buty różowe plastikowe:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.... i dziekuję za te piękne "czytaniowe-wspomnieniowe" chwile:)