Szaraczki

A czy wiecie, drogie panie, że hamerykańskie wiewiórki są szare? Pisał o tym Stanisław Barańczak:


I ja zaświadczam, że tutejsze wiewiórki rude nie są nic a nic! Koło naszego bloku jest ich zatrzęsienie :) Kiedy szłam wczoraj do sklepu alejką to dwie sztuki śmigały wesoło w trawie, a trzecia jadła orzeszka. Kilka dni temu widziałam jedną na drzewie podczas posiłku - wspięta na tylnych łapkach, przednimi obracała tego orzeszka jak mała futrzana maszynka... Mieszkamy tu już ponad dwa lata, a ja nie mogę się na te zwinne wiewióry napatrzeć. Wczoraj pomyślałam o tym, żeby się cofnąć do domu i wziąć aparat, ale przecież te modelki na mój powrót z pewnością by nie czekały!
Nie mam zatem fotografii przydomowej wiewiórki, dysponuję natomiast zdjęciem przydomowego królika! Kiedy poznałam mojego męża, mieszkał w Kolorado, w okolicach Denver, i tam też go odwiedzałam. W całej okolicy było pełno królików, trafiały się też dorodne okazy na trawniku przed domem. I tak raz kiedyś otworzyłam drzwi, a moim oczom ukazał się zrelaksowany, poniższy królik (a wiedzcie, że spokój jego niezmącony trwał długo jeszcze po tym, jak zapozował mi do zdjęcia):


I tak szaraczki idą ze mną wiernie przez amerykański rozdział w moim życiu - a to wiewiórki, a to króliczki. I chwała im za to, śmieszkom!
Byłam dzieckiem wychowanym typowo miejsko, więc fakt, że ta natura taka na wyciągnięcie ręki nadal mnie zaskakuje. Kończąc zatem tego posta muszę po prostu wspomnieć jeszcze o sarenkach (czyli tutejszych beżowych szaraczkach). Zeszłej jesieni byliśmy z mężem w Górach Skalistych po stronie kanadyjskiej. Polecieliśmy odwiedzić moją koleżankę z rodzinnego miasta (i ze studiów zarazem!), która pisała w Kanadzie doktorat. Mąż wynajął samochód i w czworkę, bo jeszcze z współlokatorką naszej koleżanki, wybraliśmy się na wycieczkę do górskiej miejscowości Banff. Kiedy dojeżdżaliśmy na miejsce, zapadał zmierch, na dworze zimno jak czort (się wię, bo się co 10 minut w sweterkach wybiegało robić zdjęcia okolicznej przyrodzie). Dojeżdżamy zatem do miasteczka, a tu raptem na drogę wychodzą sarny! Tak majestatycznie i niespiesznie wychodzą! Przykleiliśmy nosy do szyb, po chwili dopiero się ocknęłam i strzeliłam zjawisku jedno jedyne zdjęcie. No i tak, tych dumnych saren na drodze to pewnie nigdy nie zapomnę!



Z serdecznymi pozdrowieniami! M.

P.S. Ogłaszam, że pan Królik ze zdjęcia został zdemaskowany przez Elisse! Tak naprawdę okazał się być panem Zającem. Ach, uśpił mą czujność, niewierny, uśpił... No ale same spójrzcie w te oczka, trudno, żeby nie uśpił... A zawsze przeczuwałam, że nie jest ze mną szczery - te wieczorne wyjścia z kolegami, delegacje, sanatoria... Raz był, raz go nie było, pojawiał się i znikał. I proszę, cały ten czas pan Królik alias Zając posługiwał się fałszywym nazwiskiem. To jednak kobiecie dużo może wyjaśnić...
:):):)

Komentarze

  1. Witaj marchewko!
    W Irlandii także mamy szare wiewiórki ;). Według tutejszego nazewnictwa są to "szczury drzewne".
    Pozdrawiam
    -Kasia

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam Ciebie, Kasiu! No to wiemy już, że anglojęzyczne wiewiórki upodobały sobie szare futerka :) Serdecznie pozdrawiam! M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Marchewko, fajny blog się zapowiada, a zdjęcia zwierzątek są sliczne. To nie królik, tylko zając...na 100%, znam się na tym:)
    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  4. W Nowy Jorku tez szarych wiewiorek dostatek, a kilka z nich mieszka na stryszku domu obok;) ku uciesze mojego kota

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam Was serdecznie i pozdrawiam, Elisse i alexls! Elisse, dziękuję za informację, dopisałam do posta P.S. :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Przepraszam za spóźnienie