O radości
Milczę już tak, mili moi, od miesiąca. Taką mam radość w sercu nową, wielką, nieznaną mi przedtem zupełnie, że zajmuje wszystkie moje myśli. I posta blogowego o czymś innym niż o tej radości napisać nie umiem - już próbowałam i wiem. Radość to tak wszechobecna, że zerka na mnie zza każdego słowa, z ekranu puszcza do mnie oko, albo o niej pisać, albo nie pisać wcale, szczelnie wypełnia moje serce i umysł, całą mnie wypełnia bez reszty. W urodziny, zdmuchując świeczki na torcie, uroczyście, zażyczyliśmy sobie z mężem dziecka (... jak mówi mąż, "a child was wished upon some peaches and some cream"...). Wiedząc, że na spełnienie marzeń trzeba czasem czekać (i czekać...), życzenie nasze wypowiedzieliśmy nieśmiało i bez świadków. A ono - ku naszemu zdumieniu - spełniło się. Widoku dwóch kreseczek wykwitających na teście nie zapomnę nigdy. Tak to właśnie pamiętam - gdzieś głęboko zaczęła kiełkować różowa mgiełka, tak lekka, że aby ją zobaczyć trzeba było zmrużyć zaspane oczy. Rumia...